Kana

Czy Biblię da się racjonalnie rozumieć? - część 2

do strony głównej pdf share

Idź do części 1

Spróbujemy teraz przedstawić racjonalną interpretację fragmentu Biblii o weselu w Kanie. Oczywiście, podobnie jak opowieść o talentach, można go odczytywać na bardzo symbolicznym poziomie. My pokażemy, że jest możliwy bardziej naturalny sposób rozumienia go, który mógłby być bliższy osobom poszukującym sposobu nadania właściwszego sensu własnej egzystencji, czyli tym, którzy starają się wstąpić na nową drogę życiową wewnętrznej przemiany.

Rozpocznijmy od przytoczenia jego wersji z Biblii Tysiąclecia (J 2,1-10).

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Za­pro­szono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powie­działa do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi ka­miennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: „Napełnijcie stągwie wodą!” I napeł­nili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: „Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselne­mu!” Oni zaś zanieśli. A gdy starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: „Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory”.

Wesele kojarzy się z rozpoczęciem nowej drogi w życiu, wspólnie z kimś innym. Osoba o aspiracjach duchowych może przyjąć, że oznacza to wstąpienie na ścieżkę wewnętrznej przemiany prowadzącą do innej rze­czy­wistości. Kto ma być naszym towarzyszem na niej? Gdzie go szukać?

To przecież bardzo jasne. Jest nim ta część naszej istoty, której nie potrafi­my jasno zlokalizować, ale która jest dla nas niezwykle cenna i której nigdy nie potrafimy się wyrzec; którą jednak stale zaniedbu­jemy na co dzień, bo głębszy i trwalszy kontakt z nią stale odkładamy na później. Z pewnym uproszczeniem, można by ją utożsamić z duszą. Po weselu ma­my już stale z nią być i starać się poświęcać jej całą naszą uwagę. Wesele kojarzy się z radością i taka wewnętrzna radość pojawia się, gdy już sobie to uzmysłowimy.

Niestety, nawet na takim weselu w pewnym momencie kończy się wino, to znaczy zmiany wywołane tym nowym, subtelniejszym rodzajem energii, spowodowane wstąpieniem na ścieżkę, w końcu przestają nas satysfakcjonować i zaczynamy szukać jeszcze głębszego kontaktu z innym poziomem rzeczywistości. Wtedy nadchodzi jednak odpowiedź: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja? Oznacza to, że na istotniejszą przemianę jest jeszcze za wcześnie[1], bo niezbędne są do niej właściwe przygotowania.

Mowa jest tutaj o bardzo szczególnym momencie, gdy człowiek już dostatecznie intensywnie czuje, że pomimo poczynionych zmian wciąż nie wywiązuje się ze swojego zadania życiowego i dlatego jest gotowy do jeszcze bardziej istotnej zmiany swojego stanu bytu. Czyli zrobi wszystko, cokolwiek (…) powie. Kto powie? Ten nasz najbardziej wewnętrzny głos.

Jest to stan, gdy jesteśmy gotowi podążyć za swoimi najgłębszymi odczuciami, bez wykręcania się stwierdzeniami, że to tylko mrzonki i że życie zmusza nas do innych działań. Jest oczywiste, że zwykłe codzienne zmagania wymagają odpowiednich starań i uwagi z naszej strony. Ale czy nie da się tego wszystkiego pogodzić ze sobą? Może te wszystkie przeszkody, które przed sobą widzimy, są tylko pozorne?

Informacja, że stało tam 6 stągwi do oczyszczeń zwraca uwagę na potrzebę właściwego wewnętrznego przygotowania się do drogi na poziomie sześciu poziomów wibracyjnych, z którymi nasza istota jest powiązana (można je łączyć np. z czterema ciałami naszej osobowości: fizycznym, eterycznym, astralnym, mentalnym oraz z poziomami duszy i duszy duchowej).

Mowa jest o oczyszczeniu, czyli np. o pozostawieniu za sobą niepotrzebnego balastu przekonań, pozornych trudności, dotychczasowych wyobrażeń i zahamowań. Wzmianka o dwóch lub trzech miarach od razu nasuwa skojarzenie ze znanym fragmentem Biblii (Mt. 18,20): Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich[2]. Oznacza to, że w drodze potrzebny jest nam towarzysz; a właściwie, to nawet dwóch. Nie możemy korzystać wyłącznie z energii naszej osobowości, bo to nie wystarcza; potrzebne są jeszcze siły z innych źródeł. Tym drugim źródłem siły powinna być dusza, a trzecim mógłby być duch. Niestety, ma początku ścieżki, duch jest rzeczywistością zbyt odległą dla większości ludzi. Dlatego potrzebny jest pośrednik, który potrafi ułatwić nam kontakt z nim, a takim pośrednikiem są szkoły duchowe.

Przyjrzyjmy się innym elementom tej opowieści. Woda może symbolizować pierwotną energię, która powinna stać się winem, aby nam służyć na ścieżce. Musi nastąpić jej przemiana, gdyż poziom wibracji tej energii jest na ogół za wysoki dla człowieka będącego na początku ścieżki lub próbującego wstąpić na nią. Właśnie w tej przemianie pomaga gnostyczna szkoła duchowa.

Ten starosta jest tym aspektem naszego „ego”, który dąży do wypełnienia celu ludzkiego życia. Dlatego, mimo że wciąż jest na poziomie dialektycznym, to bardzo pragnie tej przemiany wody i potrafi docenić dobre wino powstałe w jej wyniku; jest jednak mocno zaskoczony, gdy tę przemianę widzi, bo jest to już zdarzenie z innego świata.

A o co chodzi z tym winem? Czemu starosta dziwi się, że to lepsze podano później. Ponieważ do tej pory pił wino, które na początku wydawało się dobre, aby później smakować coraz gorzej. Tak jak to zwykle jest w dialektyce. Jesteśmy mamieni różnymi obietnicami, aby dość szybko mocno rozczarować się smakiem tego, co w rezultacie dostajemy. Z Gnozą jest inaczej. Może na początku nie obiecuje ułudy, może być gorzka, ale z czasem prze­konujemy się, że to, co od niej dostajemy, smakuje coraz lepiej. Zamiast rozczarowa­nia na końcu jest ogromne zdziwienie, że to jednak działa.

Jak stwierdzić czy to, co pijemy w danej chwili jest tym dobrym winem, czy tylko jego namiastką? Wystarczy spytać swojego towarzysza, korzystając przy tym z wewnętrznej wiedzy i nowego myślenia. To nowe myślenie wiąże się bezpośrednio z konsekwentnym stosowaniem logiki. Ale nie ma to być logika używana zwykle w dialektyce, oparta na dogodnie wybranych przesłan­kach. Musi to być logika nieodpartej konieczności, związana z bardzo szczerym (wzglę­dem siebie) wnioskiem, że wobec naszej wewnętrznej wiedzy nie może już być inaczej.

Oczywiście pojawia się naturalne pytanie na ile interpretacje przedstawione w tym tekście są prawdziwe. To niestety jest już zupełnie inne zagadnienie związane z istotą prawdy. Jednak w skrócie można powiedzieć, że istotne jest to, jak bardzo dana interpretacja jest dla nas pomocna na konkretnym etapie naszej ścieżki albo przy wstępowaniu na nią; i czy ten tekst pozwolił na głębsze spojrzenie na cel swojego życia i lepsze zrozumienie ścieżki do niego prowadzącej.


[1] Pozornie może się wydawać, że wymowa tego fragmentu jest nieco niejasna. Jednak obecnie interpretatorzy Biblii uważają, że zgodnie z retoryką używaną w oryginalnej wersji tekstu, ten fragment powinien być rozumiany np. następująco: „Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Przecież jeszcze nie nadeszła godzina moja!”

[2] Biblia Tysiąclecia.

do strony głównej pdf share